Najnowsze

Nie głosuję, bo nie kolaboruję. H. Jezierski

Artykuł aktualny po dziś dzień. I nic nie wskazuje na to, aby zbliżające się wybory mogły coś w naszej Polsce zmienić. Z dedykacją dla wszystkich zwolenników opcji „mniejszego zła”. Admin

Źródło: http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=778

Wystarczająco często i wystarczająco jednoznacznie wyrażałem swój stosunek do kołchozu zwanego Unią Europejską, potwierdzając swoje przekonanie zarówno publikacjami (patrz: linki pod tekstem), jak i udokumentowanymi czynami (głos na „NIE” w referendum z 2003 roku, absencja w głosowaniu do PE z 2004 roku), aby ktokolwiek mógł sądzić, iż w najbliższą niedzielę, 7 czerwca 2009 dam się otumanić zmasowanej propagandzie i do urny jednak pójdę. Skoro do zmiany postawy w tym względzie nie przekonał mnie nawet charyzmatyczny i wpływowy JP II (jego słynne „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”), to tym bardziej nie uczyni tego żydokomunistyczna hołota udająca polskich polityków, żydowskie przechrzty udający pasterzy Kościoła rzymsko-katolickiego oraz cała rzesza użytecznych idiotów, których mózgi skutecznie obrzezały koszerne media.

Zwłaszcza, że w ostatnich pięciu latach argumentów wzmacniających moje przekonanie przybyło aż nadto, a żywa wciąż świadomość, iż przyzwolenie na unijny anschluss dało tylko 45 proc. uprawnionych obywateli RP też jest nie bez znaczenia. Pozostałe 55 proc. ludzi niezdecydowanych, obojętnych bądź jednoznacznie przeciwnych może bowiem przypomnieć sobie, że oni tej bolszewii nie wybierali.

Nie podejmowałbym zatem tego tematu, gdyby nie przybierające na sile rozterki wielu moich znajomych w kwestii „iść czy nie iść?”, a nawet próby nacisku, abym i ja zmienił swoje zdanie. Za koronny argument służy tutaj prowyborcza agitacja mediów ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka (zwłaszcza „Radia Maryja”) oraz przystąpienie do walki o brukselskie mandaty partii „Libertas” grupującej jakoby unijnych sceptyków i polskich patriotów.

Zacznijmy od wątku radiomaryjnego. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że w ostatnich kilku latach T. Rydzyk zdecydowanie postawił na lansowanie PiS, w którym zażydzenie struktur najważniejszych bo kierowniczych (i to już od poziomu gminy) dorównuje niegdysiejszej Unii Wolności. Michał Kamiński, Jacek Kurski, Adam Bielan czy Richard Czarnecki w roli europosłów dbających o interesy Polaków są dla mnie równie wiarygodni, jak obaj Kaczyńscy w roli kontynuatorów myśli narodowej Romana Dmowskiego.

Z „Libertasem” jest jeszcze gorzej, Stawianie w zabiegach o ochronę polskich interesów na twór jawnie internacjonalistyczny cuchnie jeśli nie Targowicą, to przynajmniej wyjątkową głupotą zwolenników takiego rozwiązania. Przypominam ostre i całkowicie uzasadnione reakcje na tzw. pożyczkę moskiewską udzieloną aparatczykom z ówczesnej SdRP (L. Miller, M. F. Rakowski i spółka). W wypadku „Libertasu” mamy dodatkowo do czynienia z organizacyjną poległością ośrodkowi zagranicznemu. Trudno o danie lepszego argumentu „Gazecie Wyborczej” i jej popłuczynom w walce ze środowiskami narodowymi.

Nie od rzeczy będzie tutaj przypomnieć, że stojący na czele „Libertasu” Declan Ganley – podobnie jak zapraszany i sowicie opłacany przez niego kabotyn o personaliach Lech Wałęsa – jest także zdeklarowanym zwolennikiem Unii Europejskiej z jedną władzą i jedną walutą. Natomiast „wartościami chrześcijańskimi”, które stanowią wyróżnik polskich kandydatów „Libertasu” wycierają sobie teraz gębę wszyscy, katalogowych parchów nie wyłączając. Ot, takie popuszczenie smyczy (na użytek wyborów w RP) przez biznesmena, zajmującego się m.in. dostarczaniem systemów telekomunikacyjnych dla… armii USA, kontrolowanej przez Żydów nie gorzej niż synagogi w Tel-Awiwie. Dorzućmy do tej układanki klocek w postaci ojca chrzestnego polskich struktur „Libertasu”, czyli Romana Giertycha, wielokrotnie dającego dowód swojego zrozumienia dla celów „starszych braci w wierze” (może mamusia z zupełnie innej gliny niż ojciec?), a otrzymamy ponury obraz towarzystwa pretendującego do reprezentowania Polaków w PE z pozycji narodowych.

O Marku Jurku, konkurencyjnym dla ludzi Giertycha kandydacie z „polskiej i chrześcijańskiej” – a jakże! – opcji lepiej nie mówić. Wystarczy tylko przypomnieć jego marszałkowskie życzenia z okazji… żydowskich świąt, wygłoszone w Sejmie RP. Kwestią otwartą pozostaje jedynie pytanie: Żyd to (np. z chazarskiego miotu), czy raczej wyjątkowo spolegliwy szabas-goj?

Ten, kogo nie przekonuje plemienny i ideowy rodowód czołowych kandydatów na europosłów, niech raczy przemyśleć faktyczną rolę parlamentu w unijnym kołchozie oraz statystyczne szanse wpływu reprezentantów RP na prace tego gremium.

Pierwsza sprowadza się praktycznie do przyklepywania i legitymizowania decyzji podejmowanych przez unijnych komisarzy, nie podlegających – co podkreślam – jakimkolwiek demokratycznym procedurom wyboru. Tym sposobem parlamentarzyści pełnią jedynie rolę politycznych EU-nuchów, sterowanych dodatkowo przez takie indywidua jak niemiecki Żyd Martin Schulz (to jemu włoski premier Sylvio Berlusconi proponował rolę kapo w filmie) – szef najbardziej wpływowej, bo komunistycznej frakcji w PE.

Co do szans statystycznych… Nawet gdybyśmy wybrali WSZYSTKICH – przyjmijmy wariant zupełnie nierealny – polskich europosłów na nasze, narodowe i katolickie, podobieństwo, to i tak będą oni stanowić niespełna 7 (słownie: siedem!) procent pośród 738 EU-nuchów. Co może zdziałać taka garstka? NIC! Co może natomiast zrobić z taką garstką żydokomunistyczna większość parlamentarna? Praktycznie wszystko, ale przede wszystkim uczynić obiektem drwin (przy znaczącym współudziale zażydzonych mediów trzymających w zanadrzu epitety sugerujące: antysemityzm, rasizm, ksenofobię, homofobię itd.), a z drugiej strony – traktować jako koronny dowód na akceptację przez Polaków (wszak sami poszliście do urn!) UE i jej „demokratycznych” standardów.

W internecie krąży sporo apeli o zbojkotowanie niedzielnych wyborów. Autorem najbardziej rozsądnego, jaki udało mi się wyszukać (potwierdzającego przy okazji, że nie jestem osamotniony w swojej decyzji i towarzyszących jej przemyśleniach) jest Józef Bizoń z miejscowości Boguchwała pod Rzeszowem. Cytuję najistotniejsze fragmenty:

„… Uczestnicząc w wyborach do PE:

a) automatycznie tym samym uznajesz narzucony podstępnie obcy i niebezpieczny dla Polski i Narodu Polskiego twór – UE.

b) uczestniczysz w przeniesieniu w ogólnej świadomości społecznej centrum władzy z Warszawy (stolicy RP) do Brukseli (stolicy eurokołchozu) i faktycznie uznajesz władzę brukselskich władców na Polską i Narodem Polskim – dla których PE jest tylko listkiem figowym.

c) dajesz dowód tego, że ostatecznie akceptujesz podstępne oszukańcze działanie towarzyszące wpychaniu Polski i Narodu Polskiego pod but Brukseli…

d) utwierdzasz w bezkarności wszystkich tych, którzy doprowadzili swym działaniem do ruiny Państwo Polskie i Naród Polski.

e) wyznajesz teorię mniejszego zła (tak krawiec kraje, jak materiału staje) zamiast stosowania kryteriów: prawdy i fałszu, dobra i zła. Chcesz leczyć śmiertelny wrzód na ciele metodą jego ugłaskiwania, wprowadzania do jego wnętrza pojedynczych, zdrowych komórek.

f) dajesz dowód tego, że brak u ciebie wiary i tego ognia, które są konieczne dla odbudowy i utrzymania niepodległego i suwerennego Państwa Polskiego – że się poddałeś, że ostatecznie masz już mentalność niewolnika, że można cię błyskotkami łudzić.

2. Trzeba też wiedzieć o istnieniu funkcjonującej z bardzo dobrym skutkiem zasadzie: wystarczy, że był, że złożył swój podpis – resztę tak czy siak się dorobi. Idąc do wyborów, biorąc kartę do głosowania, podpisując listę, dajesz frekwencję wyborczą, którą propaganda dniem i nocą będzie rozdmuchiwać i interpretować na wszelkie wygodne im sposoby…

Pozostanie w domu, to najpewniejszy sposób na bojkot wyborów. Na każdą władzę pada blady strach, gdy rządzony przez nią naród odmawia jej posłuchu nie idąc do urn wyborczych…

Totalny bojkot tych wyborów do PE, to również jedyny sposób – w aktualnych warunkach – wyrażenia bezwzględnego sprzeciwu Narodu Polskiego – wobec podstępnie wprowadzanego Traktatu Lizbońskiego (konstytucji dla superpaństwa UE).”

Dodajmy, że przy obecnej, dominującej pozycji Niemiec byłoby to superpaństwo na miarę…IV Rzeszy Niemieckiej, podbijającej Europę nie militarnie – jak to z kiepskim skutkiem robił Adolf Hitler – lecz ekonomicznie, politycznie i prawnie. Zresztą, podbojów militarnych też nie można wykluczać. Kara śmierci dla uczestników powstań, zawarowana w konstytucji eurokołchozu plus niemieckie jednostki stacjonujące w pobliżu, a nawet na terytorium „niepodległej i wolnej” RP zmuszają wręcz do zakładania wariantu najbardziej zbrodniczego, znanego dobrze z września 1939.

Przy okazji – kandydaci do statusu EU-nucha ze środowisk jakoby katolicko-narodowych (vide: Żyd Ryszard Bender z „Libertasu”) chętnie sięgają do przykładu Roberta Schumana, uchodzącego za chrześcijańskiego ojca-założyciela UE i zainteresowanego jakoby „Europą ojczyzn”. Tymczasem ów „ojciec” był żydowskim przechrztą i masonem, posłusznie realizującym dyspozycje „braci fartuszkowych” dążących do stworzenia ponadnarodowych struktur europejskich. Do takiej roli wybrano go nieprzypadkowo. „Chrześcijanin” Schuman funkcjonował bowiem m.in. jako minister w rządzie Vichy, utworzonym przez marszałka Philippe Petaina (1856-1951), co znaczyło nic innego jak oczywistą kolaborację z Hitlerem. Ów biograficzny „epizod” R. Schuman przypłacił w powojennej Francji karą pozbawienia biernych praw wyborczych lecz z czasem objęła go amnestia i mógł dalej – już bez przeszkód – wdrażać w życie ideę „wspólnej Europy” pozostającej pod żydo-masońskim dyktatem.

Nasuwa się zasadne pytanie o kryteria pozwalające ocenić bojkot niedzielnych wyborów do PE jako skuteczny i rzutujący na pogorszenie samopoczucia – czego, oczywiście, nie okażą – brukselskich pachołków. Otóż, moim zdaniem, sukcesem będzie każda frekwencja poniżej 45,3 proc. uprawnionych do głosowania, bo akurat tylu obywateli RP (nie mylić z Polakami) optowało za przyspawaniem Polski do unijnego kołchozu.

Pozornie jest to wynik łatwy do osiągnięcia lecz warto pamiętać, że w ostatnich sześciu latach dzielących nas od unijnego referendum ubyło wielu ludzi starszych przeciwnych UE, natomiast prawa wyborcze nabyły setki tysięcy nastolatków, ciągle odurzonych nieskrępowanym prawem do uzyskania statusu koczownika i przemierzania Europy w poszukiwaniu pracy, zwykle nisko płatnej i upadlającej. Naiwni, nawet nie wiedzą, że w tym samym czasie koczownicy prawdziwi, bo plemienni zajmują najbardziej intratne posady w ich ojczyźnie, często nie potrafiąc wykazać się choćby poprawną polszczyzną.

Mimo wszystko, jestem optymistą i zakładam wariant z frekwencją poniżej 25 proc. Prognoza ryzykowna wprawdzie, zakładająca karygodny brak zdyscyplinowania nawet w środowiskach mniejszości narodowych i innych (np. seksualnych) lecz znam trochę przykładów świadczących, że wraz z pogorszeniem się w ostatnim pięcioleciu sytuacji materialnej Polaków, po kieszeni dostały również „jemioły” pasożytujące na efektach naszej pracy. Mogą zatem odreagować w sposób bezpieczny, a przy tym nie zmuszający do wysiłku – „olewając” niedzielne wybory.

Nie przejmujmy się też zbytnio perspektywą obsadzenia wszystkich 50 mandatów janczarami żydokomuny w rodzaju Siwca, Lewandowskiego, Buzka, Hubner, Olejniczaka, Rosatiego, Thun, Senyszyn i im podobnych – mniej lub bardziej zakamuflowanych – przybłędów ze wszystkich partii politycznych. Oni dobrze wiedzą, że na brukselskich salonach są traktowani jak element najniższej kategorii. Częściowo wynika to z faktu, że kadrowe zaplecze wschodnioeuropejskiej żydokomuny tworzą głównie potomkowie prymitywnych Chazarów, częściowo zaś ze świadomości prawdziwych namiestników UE, iż niespełna siedemdziesiąt lat temu ich poprzednicy i ideowi przewodnicy zapraszali żydostwo z terenów RP zupełnie gdzie indziej. Do gazu mianowicie…

Wysokie apanaże „polskim” EU-nuchom tego poczucia niższości raczej nie zrekompensują. Zwłaszcza, że w Polsce też biedy nie klepią. Stąd tak wielkie pragnienie, aby wykazać się wobec Brukseli przynajmniej znaczącym elektoratem i osłabić tym samym własne, gminne kompleksy. A z czasem może i zyskać na kahalnym prestiżu.

Nie ułatwiajmy im realizacji tego celu. Bojkot niedzielnych wyborów to nasza wielka szansa i wyzwanie. Można by rzec: „Nigdy tak wiele nie wymagało tak niewiele”. Zostać w domu z dobrą książką, odwiedzić rodzinę i znajomych, pójść na spacer, wyjechać w plener… A wszystko to z błogą świadomością, że stawiając na takie spędzenie dnia wolnego od pracy, wymierzymy potężnego kopa hochsztaplerom, którym wydaje się, że – używając słów jednego z PiS-owskich koczowników – „ciemny lud wszystko kupi”. Otóż, może nie kupić. Warto spróbować i sprawić, że frekwencja zamknie się liczbą np. o połowę niższą niż liczba tych, którzy sześć lat temu dali wiarę w unijne obietnice. Czyż nie byłoby pięknie? Zwłaszcza, że walka o prawdziwie suwerenną i demokratyczną Polskę jeszcze się nie skończyła.

Henryk Jezierski

P.S.

Nielicznym kandydatom na EU-nuchów, którzy podjęli decyzję walki o brukselski stołek powodowani wyłącznie patriotycznymi przesłankami (choć, szczerze mówiąc, nie jestem w stanie podać tu żadnych przykładów), proponuję, aby – w wypadku niepowodzenia – zachowali swój kandydacki zapał i wykazali się we własnej Ojczyźnie. Tu miejsc w Sejmie, sejmikach wojewódzkich oraz radach miast i gmin jest nie 50 lecz kilkadziesiąt tysięcy, możliwości udowodnienia deklarowanych atutów są przeogromne, a i szacunek do uzyskania we własnym środowisku daleko większy niż to możliwe wśród internacjonalistycznego lewactwa, pedalstwa i sekciarstwa.

H. Jez.