Mit holocaustu cz. VII. Pamiętnik Anny Frank – Maciej Przebindowski

Anna Frank

„Pamiętnik Anny Frank” jest najsłynniejszym klasykiem literatu­ry holocaustycznej. Zawarte w nim treści powodują, że jest to lektura rekomendowana historykom i zalecana jako lektura szkolnych biblio­tek. W obu przypadkach ma ona być koronnym dowodem istnienia ko­mór gazowych, do jednej, z których – zgodnie z oficjalną wersją – zo­stała wywieziona jego autorka. Pamiętnik to jednak coś więcej. Należy go chwalić, rozwodzić się nad jego literackimi wartościami – lub milczeć. Otacza go pewien nimb se­kretu, podobnie zresztą jak całe zagadnienie holocaustu – „the sweetest taboo”, najsłodsze tabu, jak przed laty śpiewała Sade. Krytycznej analizy „Pamiętnika” podjął się prof. Robert Faurisson, wykładowca w Uniwersytecie w Lyonie, w pracy ,,Is diary of Anne Frank genuine?” („Czy pamiętnik Anny Frank jest prawdziwy?”).

Przede wszystkim należy zapytać, skąd wziął się pamiętnik? Zgo­dnie z oficjalną wersją, policja, w czasie przeszukania w mieszkaniu, gdzie ukrywała się rodzina Franków, nie zwróciła uwagi (?!) na kilka­set walających się po podłodze kartek, które zostały potem zebrane przez osobę zaprzyjaźnioną z Frankami. A przecież przeszukanie było powolne, systematyczne – ba, przeprowadzono kilka przeszukań i ewen­tualne zapiski byłyby nie tylko bezcennym dowodem dla policji, lecz tak­że umożliwiłyby podmiotowe rozszerzenie kręgu podejrzanych. Czy moż­na więc wierzyć, iż pamiętnik nie został zauważony przez policję? Wątpliwości te potwierdza Karl Silberbauer – oficer policji, który wraz z 8 innymi osobami dokonał aresztowania. Zgodnie z zeznaniami, jakie zło­żył (i grudnia 1964 roku, nie zauważył on żadnego pamiętnika, czy kar­tek. A do mieszkania tego powracano trzykrotnie. W jego opinii pamięt­nik nie jest autentyczny.

Co się tyczy samego procesu powstawania pamiętnika – w wersji znanej czytelnikom – zostało to dokonane przez Otto Franka, ojca An­ny Frank, który dokonał „tolerowanych zmian”, jako „osoba doświadczona „. Pomimo to, nie mógł znaleźć wydawców i dopiero zwrócenie się do „duchowych doradców” (jak ich sam określa), którym zezwolił na ocenzurowanie tekstu, umożliwiło ukazanie się książki. W tym miejscu warto przypomnieć, iż z ekspertyzą Kryminalnego Biura Śledczego w Niemczech, część pamiętnika została dodana lub zmieniona, gdyż t.zw. IV tom został napisany długopisem, a więc urządzeniem, które nie istniało przed rokiem 1951 rokiem, toteż -zgodnie z tą opinią – część pamiętnika została dodana później. Sporo uwagi poświęca Faurisson rozmowie, jaką przeprowadził w marcu 1977 r. z ojcem Anny Frank, dla którego syjonizm jawił się ja­ko swego rodzaju świętość (można, więc przyjąć, iż miał motyw w stwo­rzeniu pamiętnika); Otto Frank zadeklarował również, że nigdy nie po­stawi nogi na ziemi francuskiej, gdyż Francja nie interesuje się niczym, poza arabską ropą i nie obchodzi ją państwo Izrael. Otto Frank stwierdził, że to, co przedłożono wydawcy, nie było pamiętnikiem Anny Frank, lecz „taśmoskryptem” – nagranym na ta­śmę różnych manuskryptów Anny Jest to niezwykle istotna informacja, wskazująca, iż pamiętnik – przynajmniej w formie prezentowanej czy­telnikom – nigdy nie istniał.

Holoszwindlowy film z 1959 roku

W jakiej więc istniał? Otto Frank dokonał, jak sam mówi, szeregu po­prawek o charakterze edytorskim, albowiem tekst pierwotny zawierał: powtórzenia, niedyskrecje rodzinne, fragmenty nieciekawe i braki. Dla przykładu: Anna Frank lubiła swego wuja, przy czym pamiętnik o tym nie wspomina. Po dokonaniu stosownych zmian znajdujemy w pa­miętniku odpowiedni akapit, wyrażający jej sympatię dla swego krew­nego. Jakie jeszcze „braki” zawiera pamiętnik, tego się nie dowiemy. W podobny sposób (poprzez „uzupełnienia”) rozwiązano problem dat. O swej pracy Otto Frank mówi: „było to trudne zadanie. Wykonałem je zgodnie z własnym sumieniem „. Co do pierwszego, na pew­no nie należy w to wątpić. Robert Faurisson zwraca także uwagę czytelnika na to, iż analiza manuskryptu pamiętnika pozwala wyróżnić kilka styli pisma: od mło­dzieńczego, poprzez dojrzały, aż do czegoś, co określa, jako pismo do­świadczonej księgowej.

Spora część pracy Faurissona poświęcona jest na pozór zbędnej czynności porównania niemieckiej i holenderskiej wersji pamiętnika. Być może wcale by do tego nie doszło, lecz w 1977 r. – rok napisania pracy – nie istniała holenderska wersja pamiętnika. Dopiero po żmud­nych poszukiwaniach udało się do niej dotrzeć. I rzecz zastanawiają­ca: ukazała się ona 12 lat po debiucie książki w USA, Niemczech i Francji. Po drugie, pamiętnik po holendersku jest niedostępny. Po trzecie, z 13 rozdziałów wersja holenderska zawiera tylko 5, które i tak są pocięte…

Dlaczego tak się stało – nie wiadomo. Można spekulować, że w Holan­dii wciąż jest zbyt wielu świadków zdarzeń opisywanych w książce, którzy łatwo mogliby wykazać nieprawdziwość informacji w niej zawartych. Porównanie obu wersji wskazuje na różnicę 4500 słów, mimo, że oba języki są do siebie podobne. Wersja holenderska zawiera 169 części, nie­miecka – 175. Skąd się wzięły owe dodatkowe? Faurisson wskazuje na różnice w datach opisywanych zdarzeń, jak też pominięcie pewnych wy­darzeń w obu wersjach.

Co wreszcie sądzić o różnicach tłumaczeń, które co prawda nie ma­ją pierwszorzędnej doniosłości, aczkolwiek zastanawiają? Kilka przy­kładów: „dokonywany jest sabotaż” versus „zaczęli strajkować w wielu regionach”; „pistolet już na nas nie działa, odszedł strach” vs „sytuacja na dzisiaj, jesteśmy ocaleni”; „dwadzieścia lat” vs „dwadzieścia pięć lat”. Pod datą 3 sierpnia 1943 roku widnieje 210 słów (wersja niemiecka), których nie ma w edycji holenderskiej. Takich róż­nic prof. Faurisson numeruje zresztą sporo. Jego zdaniem, tekst niemiecki nie ma prawa być nazywany tłuma­czeniem – jest to po prostu zupełnie inna książka, z której usunięto wszelkie elementy obraźliwe dla niemieckiego czytelnika. Bezsprzecznie najciekawszych informacji dostarcza analiza same­go tekstu pamiętnika, a zwłaszcza warunków ukrywania się rodziny Franków. Ich mieszkanie w Amsterdamie przy 263 Prinsengracht, gdzie spę­dzili 25 miesięcy, widoczne było z ponad 200 okien. Jak więc pozostali niewidoczni?

Holoszwindel o Annie Frank 2009 rok

Zgodnie z notatką, jaka pojawiła się pod datą 27 lutego 1943 roku, w budynku pojawił się nowy właściciel, który jednak zrezygnował z wi­zytacji przybudówki, gdzie ukrywali się Frankowie, gdyż oprowadzający poinformował go, ze nie zabrał ze sobą klucza. Co więcej, nowy wła­ściciel nigdy nie pojawił się w przybudówce. Który właściciel nie doko­nuje dokładnego zapoznania się z nieruchomością?!

Absolutne kuriozum znajdujemy w pamiętniku pod datą 9 paździer­nika 1942 r., gdzie Anna Frank pisze o „zagazowanych żydach”. Jakim cudem mogła umieścić taką notatkę, jeśli zagadnienie holocaustu po­jawiło się znacznie później w mass mediach?! Jeśli przyjmiemy, iż Frankowie rzeczywiście ukrywali się, to w kon­sekwencji oczekiwać należy, że starali się nie tylko ukryć swą praw­dziwą tożsamość, lecz także ukryć sam fakt zamieszkiwania, minima­lizując swą aktywność życiową. W przeciwnym wypadku – prędzej, czy później – ktoś zainteresowałby się nieznanymi mu sąsiadami. Zgodnie z treścią pamiętnika, istniało wielu „wrogów”, którzy „do­brze znali cały budynek”. Zaliczeni są do nich: pracownicy sklepu, ich klienci, dostawcy, agent, sprzątaczka, stróż nocny, hydraulicy, księgo­wy, sąsiedzi, właściciel. Przy tym wszystkim nie wolno nam zapominać, że ściany są cienkie.

Jaki więc tryb życia wiodą ukrywający się? Nie dojadają? Są spara­liżowani strachem? Codziennie korzystają z odkurzacza (urządzenia głośnego nawet i dziś), słuchają radia, dokonują napraw stolarskich, w ich mieszkaniu co jakiś czas rozbrzmiewa budzik. Anna Frank pisze „o śmiechach przy obiedzie” i krzyku, „który mógłby obudzić zmarłego”.

Każdego dnia spożywanych jest 8 śniadań, 8-12 lunchy, 8 kolacji. Na menu składały się: kiełbaski, dżem truskawkowy, brandy, koniak, wino, papierosy, kawa. Tytułem egzemplifikacji wymieńmy dostawę (do do­mu, przez „miłego sprzedawcę”) z dnia 3 lutego 1944 roku, a była to mroźna zima: 60 funtów kukurydzy, ok. 60 funtów fasoli, 10 funtów gro­chu, 50 puszek warzyw, 10 puszek ryb, 40 puszek mleka, 10 kg mleka w proszku, 3 butelki oliwy, 4 słoiki masła, 4 słoiki mięsa, 2 butelki tru­skawek, 2 butelki malin, 20 butelek pomidorów.

Swoiście rozwiązany jest problem ogrzewania. Na korytarzu (klat­ce), znajduje się stos węgla, z którego – w zależności od potrzeb Fran­ków – pobierana jest stosowna ilość opału. I nikt się w tym nie zorien­tował! W tej sytuacji zapytajmy, na czym właściwie polegać miało owo ukry­wanie się i czym różniło się od stylu życia, jaki wiedli w owym czasie in­ni mieszkańcy Amsterdamu?

Indagowany przez Roberta Faurissona na te okoliczności Otto Frank stwierdził, iż w mieszkaniu było jasno, gdyż korzystano ze światła dzien­nego. Tymczasem, zgodnie z pamiętnikiem, szyby miały być pozakrywane. Faurisson pyta też o szereg innych kwestii, wykazując niemoż­ność istnienia pewnych sytuacji, bądź logiczną sprzeczność między pa­miętnikiem, a rzeczywistością. Otrzymuje swoistą odpowiedź: „Panie Faurisson, ma Pan teoretycznie i naukowo rację. Zgadzam się z pa­nem w 100%… Co mi Pan pokazuje, było de facto niemożliwe. Lecz w praktyce, tym nie mniej, w ten sposób to się miało”.

Nie lepiej przebiegają rozmowy z osobami opisanymi w pamiętniku. Ellie jest pełna dobrej woli i pamięci o latach najnowszych, lecz co do krytycznych 25 miesięcy słychać tylko: „Nie mogę Panu wytłumaczyć”, „Niepamiętam”, „Nie wiem”. Nie potrafiła opowiedzieć żadnej aneg­doty z życia Franków, a w przybudówce, gdzie mieszkali, spędziła -jak twierdzi – jedną noc. Tymczasem, zgodnie z pamiętnikiem, niemal codziennie spożywała z nimi lunch. Podobnie wypowiadają się Miep i Henk – cały czas zawodzi ich pa­mięć; ożywiają się dopiero przy dacie 4 sierpnia 1944 r. (dzień areszto­wania) – nagle przypominają sobie wszystkie szczegóły tego zdarzenia. Zdaniem prof. Faurissona, Frankowie rzeczywiście mieszkali pod wskazanym adresem, lecz wiedli żywot odmienny od tego, jaki prezen­tuje pamiętnik. Żyli ostrożnie, lecz nie ja więźniowie – „ukrywali się, bez ukrywania”.

Czym więc jest „Pamiętnik Anny Frank”? Należy go – zdaniem Faurissona – „umieścić na zatłoczonej już półce fałszywych pamiętni­ków”, razem z „zeznaniami” Rudolfa Hoessa, Kurta Gernsteina, Miklosza Nyiszli’ego, Emmanuela Ringelbluma, wspomnieniami Ewy Braun, Adolfa Euchmana, czy dokumentem „Modlitwa Jana XXIII za żydów”. W swoim czasie Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie – co przypomina prof. Faurisson – także chlubił się pamiętnikami trzynasto­letniej Teresy Hescheles. Później ich wartość została zakwestionowana przez pochodzącego z Polski żydowskiego historyka, Michała Borwicza.

Praca prof. Faurissona, jakkolwiek wartościowa, pozostawia uczu­cie niedosytu. Nie wyjaśnia bowiem kluczowego zagadnienia przyczyn ogólnoświatowej kariery Pamiętnika. Można oczywiście wskazywać na aspekt finansowy. Ale jest i ważniejszy powód. Państwo Izrael pojawiło się na arenie świata po dwóch tysiącach lat nieistnienia. Posiada ono przebogatą historię antyczną, lecz brak jest jakiegokolwiek pomostu, łączącego przeszłość z teraźniejszością – tym bardziej, że spoiwem na­rodowym nie jest już religia. Dlatego też, by dać obywatelom nową toż­samość, świadomość, historię – wykreowano Annę Frank. Jej „cierpie­nia” i „męczeńska śmierć”, rozpatrywane w kategoriach ofiary, jaką poniesiono na ołtarzu walki o niepodległy Izrael, mają inspirować Izraelczyków do wiary we własne państwo. W polskiej literaturze znany jest mit „szklanych domów” z „Przedwiośnia.” Żeromskiego. Anna Frank, to po prostu taki żydowski „szklany dom”.

Robert Faurisson „Is the Diary of Anne Frank genuine?”, Institute for Historical Reviev, s. 64

Fragment z broszury pt: „Mit Holocaustu” Roberta Faurissona